W jednej ze swoich książek Jack London pisze o jeziorze, które nazywało się „Jeziorem Niedźwiedzim”, tylko dlatego, że – jak skonstatował London – „żadnego niedźwiedzia nigdy tu nie widziano”. Nie wiem czy przedstawiciele lewicy liberalnej czytali tę książkę, ale na pewno skorzystali z tego pomysłu: wszem i wobec ogłaszają, że kochają demokrację i nazywają siebie demokratami, zapewne dlatego, że demokratami nie są i nigdy nimi nie byli.
By nie być gołosłownym, zobaczmy czym faktycznie jest demokracja. Źródłosłów tego wyrazu pochodzi z greki, gdzie: démos oznacza lud, zaś krátos władzę. Można zatem przyjąć, że jest to ustrój polityczny, w którym najwyższa władza w kraju należy do ludu, czyli wszystkich. Idea jest piękna, ale dalej zaczynają się przysłowiowe schody. Powstaje pytanie: kto należy do ludu? Czy wszyscy, którzy mieszkają na terenie danego kraju? Odpowiedź brzmi: nie. Nigdy w dziejach świata nie istniał ustrój demokratyczny gdzie głosować mogli wszyscy mieszkańcy; mogli to czynić wyłącznie obywatele danego kraju (np. w starożytnych Atenach prawa głosu nie miał Arystoteles – jeden z najwybitniejszych umysłów w historii). Kolejne pytanie brzmi, co to znaczy, że władza należy do ludu. Nawet w formule demokracji bezpośredniej nie jest możliwe aby wszystkie decyzje były podejmowane przez wszystkich obywateli. W praktyce zatem, władzę sprawuje nie tyle lud ile jego reprezentanci – np. archonci w starożytnych Atenach, czy prezydenci, burmistrzowie lub wójtowie we współczesnej Polsce, zaś rola ludu sprowadza się do ich wyboru (choć trzeba tu dodać, że w niektórych ustrojach istnieje wymóg by określone sprawy były podejmowane przez lud w trybie tzw. referendum). Kolejne pytanie dotyczy czasokresu wyboru: czy wybór jest na całe życie, czy też na jakiś okres (kadencję)? Jeżeli władza ludu nie miałaby być iluzoryczna, wybór musi być na określoną kadencję. W dobrze funkcjonującej demokracji lud może odwołać swojego reprezentanta także w trakcie kadencji, jeżeli ów dopuścił się poważnych naruszeń czy też zaniedbań. Dalej trzeba postawić pytanie: czy wybór reprezentantów ma dokonywać się jednogłośnie, czy też wystarczy większość głosów? Zapewne byłoby dobrze, gdyby ludzie byli we wszystkim zgodni, ale w codziennym życiu widzimy, że nie jest to możliwe. Tam gdzie obywatele dysponują wolnością i jest ich wielu, nie ma możliwości aby decyzje były podejmowane jednogłośnie. Ostatnie pytanie dotyczy przegranej mniejszości, a konkretnie jak traktuje się w demokracji przegranych: czy po wygranych wyborach zwycięska partia wsadza swoich przeciwników do więzień lub ich zabija gdyż mają inne poglądy polityczne, czy też nadal mogą oni zachować wolność i życie.
Konkludując, przyjmijmy roboczą definicję demokracji, jako ustrój polityczny, w którym najwyższa władza w kraju należy do ludu, gdzie decyzje podejmuje większość ludu, zazwyczaj przez swoich reprezentantów, przy jednoczesnym poszanowaniu praw i wolności mniejszości.
W świetle powyższych rozważań wróćmy do polskiej rzeczywistości. Polscy demokraci, a są nimi – jak wszyscy wiemy – nade wszystko przedstawiciele Koalicji Obywatelskiej, nad życie kochają demokrację. Wszyscy inni są populistami, a oni są demokratami. To w imię demokracji Donald Tusk próbował nie dopuścić do złożenia przysięgi przed Zgromadzeniem Narodowym przez demokratycznie wybranego prezydenta Karola Nawrockiego. To w imię demokracji Waldemar Żurek, a wcześniej Adam Bodnar robią polowania do opozycję, wtrącając do więzienia Mariusza Kamińskiego, Macieja Wąsika, a teraz ścigając za poglądy polityczne (zarzut działania w grupie przestępczej gdyby nie był straszny, to byłby tylko śmieszny) po całym świecie Zbigniewa Ziobro czy Marcina Romanowskiego. To w imię demokracji Aleksander Miszalski, jako szczery do bólu demokrata, wzywał Krakowian aby nie poszli na referendum w sprawie jego odwołania (powiedzmy sobie uczciwie, jeżeli wybory są wolne, to wzywanie ludzi by nie szli głosować jest pierwszym grzechem przeciwko demokracji; faktycznie obnaża to naszych pseudodemokratów i objawia ich oligarchiczne zapędy). Trzeba w tej mierze docenić byłego prezydenta Sopotu – Jacka Karnowskiego, który w roku 2009 wezwał Sopocian do udziału w referendum w sprawie jego odwołania. Niestety były to miłe złego początki. Późniejsi włodarze miast, poczynając od Hanny Gronkiewicz-Waltz po cytowanego Miszalskiego – jak na prawdziwych demokratów przystało – już tylko wzywali do bojkotu referendów zwoływanych w sprawie ich odwołań. Zamiast poddać się demokratycznej procedurze – próbowali ją tylko zablokować. Gra na bojkot udawała się przez ponad dziesięć lat, aż… do czasów referendum Miszalskiego.
Demokracja Koalicji Obywatelskiej ma się jak prostota do prostactwa. Jakieś podobieństwo jest, ale gdy się zajrzy głębiej, jest tam tylko pragnienie oligarchicznej władzy nielicznych.
Anothen
